„Молодість-40”: postscriptum.

Przyjazd na Ukrainę aktorów i reżyserów światowej klasy, jaskrawe zwycięstwo ukraińskiego filmu „Щастя моє (Szczęście moje)” – te wydarzenia towarzyszyły minionemu festiwalowi „Mołodist’” („Młodość”), który co roku odbywa się w Kijowie. Poniżej prezentujemy wywiad z człowiekiem, którego imię stało się synonimem festiwalu – dyrektorem „Mołodosti” Andrijem Chalpachczi.

Dlaczego wziął  się Pan za taką kłopotliwą sprawę jak festiwal filmowy?

Zawsze marzyłem o kinie, ale jakoś nie wyszło w młodości. Mam techniczne wykształcenie, obroniłem doktorat i pracowałem jako docent na Katedrze Żelazobetonowych Konstrukcji. Chodziłem do kina i zajmowałem się nim prawie jak profesjonalny krytyk. Pod koniec lat 80. W kinie Zorianyj powstał klub Dialog, którym kierowałem. Dialog stał się bardzo popularnym miejscem  oglądania i omawiania filmów, po które jeździliśmy do Moskwy, zwracaliśmy się do ambasady. Dostawaliśmy to, czego nie było na ekranach. Dosyć szybko nawiązaliśmy międzynarodowe kontakty. Wstąpiliśmy do Międzynarodowej Federacji Klubów Filmowych i mogliśmy jeździć na festiwale na jej zaproszenie. Właśnie wtedy Mychajło Pawłow, który kierował „Mołodostią” zaprosił mnie i Alika Szpiliuka jako konsultantów, którzy mieliby pomóc przeobrazić festiwal na międzynarodowy. Zostałem dyrektorem programowym, a od 1990 roku już głównym dyrektorem. I tam w nowym składzie – z Alikiem Szpiliukiem jako dyrektorem programowym, Ludmiłą Nowikową, Wołodymyrem Wojtenką, Ołeksą Perszką przekształciliśmy ten festiwal na międzynarodowy. Zwolniłem się z Instytutu Budownictwa, a od 1991-go zacząłem zajmować się tylko festiwalem. Hobby stało się zawodem.

Co wtedy reprezentowała sobą „Mołodist’”?

Naprawdę młodzieżowy festiwal, bardzo popularny wśród młodych filmoznawców ZSSR, którzy zjeżdżali się tutaj jak do względnie wolnej przestrzeni. Wtedy w całym ZSRR były tylko dwa oficjalne międzynarodowe festiwale – moskiewski i taszkiencki oraz ogólnozwiązkowy, który jeździł po stolicach republik. Wszystkie trzy były za bardzo oficjalne, za bardzo pod nadzorem. Wielu reżyserów przechodziło jedną i tę samą historię: w republice film został zabroniony, ale trafił na „Molodist’”, tu go pokazali i dali nagrodę, i wtedy władza w ojczyźnie reżysera zezwalała na pokaz. To był łyk wolności, ale równocześnie i „międzysobek”, festiwal do wewnętrznego użytku, chociaż z prawdziwą atmosferą, ze swoim środowiskiem.

Pamięta Pan swój pierwszy festiwal?

- Odbył się w 1992 roku – bo rok przepuściliśmy przez zmiany personalne  w zespole. Pawłow zdążył nadać „Mołodosti” status prawny. A ja przyszedłem na takie gospodarstwo: jest status prawny, ale rozwalił się Komsomoł, który finansował festiwal. Trzeba zorganizować festiwal, i nie ma ani kopiejki. Od tego i zacząłem, od zbierania kosztów.

To był horror czy komedia?

I jedno i drugie, jak zawsze. Zjawiła się ukraińska TV (jedyna państwowa stacja), to poszedłem tam i zrobiłem skandal. Zadzwonił do mnie minister kultury i powiedział: „Nasz ulubiony skandalisto, przyjdź do nas”. W ten sposób znaleźliśmy wsparcie państwa. Byli różni ludzie, którym tłumaczyłem, że to jest potrzebne. Jednego dnia szedłem po Chreszczatyku całkowicie sfrustrowany i myślałem, co robić dalej, aż tu zatrzymuje się rzadki wtedy zagraniczny samochód, wychodzi z niego mój były student, który został biznesmenem. Zaczęliśmy rozmawiać i on ostatecznie zaproponował pomoc. To były małe pieniądze, ale „Mołodist’” jeszcze się odbyła. Dosyć szybko zdobyliśmy uznanie. Najbardziej pomogły nam zagraniczne ambasady, głównie francuska. Oni bardzo chcieli, żeby tu był międzynarodowy festiwal. Na początku selekcja była w wielu wypadkach przypadkowa: ktoś coś poradził, coś się udało dostać, bo możliwości wyjazdu na inne festiwale jeszcze nie było.

Co według Pana nie pozwala „Mołodosti” zostać jeszcze bardziej wpływowym festiwalem?

W pierwszej kolejności brak finansów. Mówiliśmy o szczęśliwym przypadku, tak jest dalej. Gdzieś dwa lata temu poznaliśmy się z dyrektorem fundacji „Nowi tradyciji”, Serhijem Bondarczukiem, który został niezawodnym partnerem festiwalu. A tak w ogóle taki festiwal powinien, jak i moskiewski, otrzymywać dofinansowanie państwowe według innego schematu – nie za pośrednictwem Ministerstwa Kultury, a bezpośrednio od Rady Ministrów i miasta, bo to ważne państwowe wydarzenie. Kiedy przyjeżdżają moi koledzy z innych krajów, innych festiwali, dziwią się jak można zrobić za nasz budżet takie poważne wydarzenie. Pieniądze decydują jak nie o wszystkim, to prawie o wszystkim. Można zaprosić więcej gości, więcej prasy międzynarodowej, żeby mieć rozgłos nie tylko u nas, ale i za granicą. O teraz na przykład, wyszły o nas dwie publikacje w Hollywood Reporter (wpływowe międzynarodowe wydanie o kinie), bo ich korespondent gościł u nas. Trzeba to robić. A inny problem to brak u nas przemysłu filmowego. Do ukraińskich kin chodzi dziesiątki razy mniej widzów niż w tych europejskich krajach, jakim Ukraina dorównuje pod względem terytorium i liczby ludności. Po co mają tu przyjeżdżać potężni dystrybutorzy, jeżeli wiedzą, że na Ukrainie nie ma poważnego rynku filmowego.

A „Mołodist’” ma jeszcze swoje cechy, które wyróżniają ją spośród reszty innych młodzieżowych czy debiutanckich festiwali?

Naprawdę to debiutanckich festiwali nie ma dużo. Jest Premiers Plans w Angers we Francji, ale znacznie skromniejszy, posiada tylko dwie kategorie – pierwszy film krótkometrażowy i pierwszy długometrażowy. Jest w Poitiers odrębny festiwal studenckiego kina. A „Mołodist’” łączy wszystkie te kategorie. Zresztą mamy przewagę w tym, że nie pretendujemy do prawa pierwszej nocy, nie bierzemy tylko premierowych filmów. Staramy się po prostu zrobić dobry program.

Czy ważne są w Pana pracy osobiste związki, kontakty?

Na pewno. Gdy przyjeżdżasz do Berlina czy Cannes i spotykasz się z dystrybutorami, to wpływasz na nich nie tylko tym, że kierujesz wielkim festiwalem, trzeba jeszcze z kimś nawiązać ludzki kontakt… Naprawdę trzeba umieć zrobić wrażenie. Ludzie, którzy z tobą współpracują jako sponsorzy, muszą ci ufać, mieć pewność, że te pieniądze nie pójdą do kieszeni. Z urzędnikami tak samo – trzeba umieć udowodnić swoją rację.

No właśnie, co do urzędników: czy nie zmieniło się stosunek do was po nadejściu nowej władzy?

Nie jestem członkiem żadnej partii i nasz festiwal nigdy nie był polityczny. Jakoś od razu obrałem taką pozycję. Jeszcze w Instytucie ciągnęli mnie do partii komunistycznej, ale jakoś się wymigałem, potem też nigdzie nie wstępowałem. Jednak każdy ma swoje przekonania. To, że u nas Wiktor Juszczenko przez pięć lat był honorowym prezydentem na początku niektórych urzędników odstraszyło. Ale przekonałem ich, że to normalna praktyka, że Václav Havel był przez kilka lat honorowym dyrektorem festiwalu w Karlowych Warach. Zresztą, choć to dziwne, udało mi się coś udowodnić urzędnikom. Tego roku były zwyczajne problemy z naszą biurokracją, nawet więcej, przez pięć ostatnich lat nie pracowało się lżej z urzędami państwowymi niż teraz.

Jak Pan ocenia tegoroczną jubileuszową „Mołodist’”? Czy była najlepsza?

Pewnie najbardziej uroczysta. Mamy zwyczaj, że ceremonię otwarcia i zamknięcia festiwalu dokonują gwiazdy. W tym roku przyjechało ich najwięcej i one pracowały, nie po prostu zabłysnęły i poszły. Były konferencje prasowe, wywiady, warsztaty. Każdy festiwal ma swoje niedociągnięcia. Widzę ich dużo i w tej „Mołodosti”. Najlepszy program, ale z drugiej strony przesyt ilości. Tracimy przez to widza. Tak w ogóle jestem zadowolony. Nie zachwycony wszystkim co się odbyło, no ale jakbym był w euforii, to chyba już lepszego festiwalu byśmy nie zrobili. Było dużo problemów, ale tak w ogóle to można tę „Mołodist’” zakwalifikować do udanych.

Jeżeli chodzi o ilość gości, czy nie wydaje się Panu, że festiwal potrzebuje większej przestrzeni, może nawet nowej lokalizacji?

A skąd ją wziąć? Serhij Bondarczuk myśli nad jakimś centrum festiwalowym. Kino „Kyjiw” na pewno ma przewagę. Jednak potrzebujemy centrum z sześcioma salami i przestrzenią dla uroczystości na 1500 miejsc, gdzie można by było urządzić ceremonie otwarcia i zamknięcia festiwalu. Potrzebne nam centrum festiwalowe jak na Potsdamer Platz w Berlinie. Takiego w Kijowie niestety nie ma. I to też trzeba udowadniać miastu.

Jak bardzo ważne jest zwycięstwo filmu Serhija Łoznyci „Szczastia moje”?

To wydarzenie nie tylko dla kina krajowego. Dla mnie bardzo ważne są treści, o jakich mowa w tym filmie. „Szczastia moje” to nie zdanie, wyrok. To diagnoza najbardziej obojętnego człowieka. Chory musi odnaleźć wewnętrzną energię, żeby walczyć z chorobą. Z jakiegoś powodu mówi się o antyrosyjskości tego filmu, ale przecież w Rosji byli i Saltykow – Szczedrin i Gogol. Według mnie jest to dzieło człowieka, który rozpatrzył takie kwestie. To ostrzeżenie przed drogą, z której nie ma powrotu. Dla mnie ten film świadczy, że w sztuce filmowej pojawił się nowy wybitny reżyser. Mam nadzieję, że to się potwierdzi, kiedy Łoznycia nakręci nowy obraz. Ma dużo twórczych planów, to bardzo myślący człowiek.

Ciężko ominąć drażliwy temat obecności odrębnego konkursu filmowego o tematyce gejowsko-lesbijskiej Sunny Banny. Prawdopodobnie jest to jedyna podobna inicjatywa wśród dużych festiwali na terytorium Wspólnoty Niepodległych Państw?

Inicjatywa powstała, gdy zobaczyłem analogiczny program Teddy Award na berlińskim festiwalu filmowym. Na ich imprezy przychodzą absolutnie różni ludzie, z rodzinami, z dziećmi. U nas ta sekcja na początku powstawała, żeby trochę sprowokować, zrobić coś niezwyczajnego dla naszego społeczeństwa. Jednak kwalifikujemy do niej filmy nie tylko o takiej tematyce, ale w ogóle o prawach człowieka. Kiedyś jeszcze w młodości przeczytałem w polskiej gazecie artykuł jednego profesora, że trzema głównymi oznakami cywilizowanego demokratycznego kraju są: tolerancja do innej religii, pozycji politycznej i seksualnej orientacji. Chcieliśmy wtedy udowodnić, że u nas to też jest możliwe. Dzisiaj nie szukamy już prowokacji. Po prostu chcemy rozmawiać ze społeczeństwem, w którym ten temat nie jest już zabroniony.

A teraz kilka pytań osobistych. Dlaczego Pan nie odszedł z kierownictwa, jak to Pan ogłosił dziesięć lat temu?

Dlaczego, w sumie to odszedłem. Mieliśmy trzech dyrektorów, ale nie dali rady. W tym roku wróciłem na posadę głównego dyrektora – trzeba podpisywać papiery. To nie do końca moja praca, bardziej widzę się jako artystyczny kierownik festiwalu. Na festiwalu potrzebny jest główny administrator, który pokieruje finansami, personelem. Powiem otwarcie: nie jestem najlepszym menadżerem, jednak tak wyszło, że lepszego nie znalazłem, chociaż bardzo bym chciał.

A co Pan robi pomiędzy festiwalami?

Mogę się pochwalić, że w następnym roku będziemy mieć premierę: 8-go października Jerzy Hoffman skończył zdjęcia do nowego  wielkoformatowego filmu w 3D ( i tu znowu pojawia się pytanie – gdzie my go pokażemy?) o wydarzeniach 1929-go roku, gdy armia Piłsudskiego zatrzymała Armię Czerwoną i Trockiego, która szła z tą szaloną ideą rozpowszechnienia komunizmu na całą Europę. Postać Piłsudskiego gra Daniel Olbrychski, ze strony Rosji – Domagarow. Planujemy też retrospektywę Pasoliniego. Oprócz tego od trzech lat kieruję ukraińską fundacją filmową, która zajmuje się promocją narodowego kina za granicą. To ciężka sprawa, bo nie mamy aż tak dużo do pokazania. Ale na przykład, bardzo przyjemnie było, kiedy w Monachium pytano mnie, kiedy będzie następny tydzień kina ukraińskiego. Pracujemy bez wsparcia państwa, ale to też jest ciekawe, chce nam się to robić. Kłopotów mamy pod dostatkiem. Już nie nadążam. Od dawna już chcę usiąść, napisać książkę lub scenariusz, ale nie ma czasu.

Jakie kino lubi Pan prywatnie?

Bardzo różne. Nie wierzę, że istnieje widz tylko dla Art House’u i tylko dla przyjemności. Bardzo lubię kino rozrywkowe na poziomie. Mam marzenie, żeby pokazać retrospektywę francuskiego „kina tatusiowego”, które istniało do Nowej Fali. To nadzwyczaj ciekawe prace! Lubię George’a Cukora w jego „Filadelfijskiej opowieści”. Lubię amerykańskie musicale – „My Fair Lady”, „Narodziny gwiazdy” albo stare komedie: „Pół żartem, pół serio”, „The Square Peg”, „Babette idzie na wojnę”… Nie zadowala mnie „Awatar”, „Mission Impossible”, „The Matrix”. Rozrywkowe kino też dzieli się na pewne kategorie. Są filmy, na których kształtował się mój gust, przeważnie z lat sześćdziesiątych. Oszołomił mnie film „Cienie zapomnianych przodków” Paradżanowa, i „Dzieciństwo Iwana” ( w Polsce znany tez pod tytułem ”Dziecko wojny”) Tarkowskiego. Gdy obejrzałem „Tam gdzie rosną poziomki” Bergmana, miałem 14-15 lat, nie wszystko zrozumiałem, ale to było dla mnie odkrycie zupełnie innego kina. „Popiół i diament” to jeden z moich ulubionych filmów, w ogóle podoba mi się wszystko co robi Wajda, tak samo i Visconti – tak pokazywać kobietę jak on, nikt nie potrafi. Bardzo lubię gwiazdy takie jak Anna Magnani, Sophia Loren, Audrey Hepburn. Kiedyś chodziło się oglądać gwiazdy, dzisiaj tego kultu nie ma.

Trochę o rodzinie. Jest Pan greckiego pochodzenia?

Tak, moje nazwisko jest greckiego pochodzenia. Mój dziadek jest z Mariupola, ale korzenie sięgają aż czasów Aleksandra Macedońskiego. Kiedy Grecy wracali z Ukrainy do Grecji w latach sześćdziesiątych, ich język był bardzo antyczny, mało kto ich tam rozumiał. Mój dziadek rozmawia po grecku, ja już nie, i wszyscy czujemy się Ukraińcami. Żyliśmy tu tyle pokoleń… Byliśmy z rodziną na wyspach greckich, cudownie jest tam odpoczywać, piękny klimat, dobrzy ludzie, ale nie czuję się tam jak wśród swoich, choć uważam się za Europejczyka i nie mam problemów z nawiązywaniem kontaktów w obojętnie jakim kraju. Mój dom jest tutaj.

Dlaczego do tej pory Pan się tym zajmuje?

Sam czasem zadaję sobie to pytanie. W młodości marzyłem o tym, żeby zostać aktorem, potem reżyserem, ale na pewno nie organizatorem. Nieraz myślę: „No po co, ile można?” Bo naprawdę sił brakuje. Już tak to wyszło. A propos, bardzo lubiłem wykładać, prowadzić rozmowy ze studentami, które, tak mi się wydaje, były dla nich interesujące. Zawsze się cieszę, kiedy po wielu latach spotykam kogoś z moich studentów. 60 lat to już emerytura, ale dopóki mam siły, pracuję. Otrzymałem jakieś propozycje, ale nie bardzo mnie zainteresowały. Jestem konserwatywny, nie lubię zmian. Jeden raz zmieniłem pracę w 1990 roku i wystarczy.

Jak Pan to wszystko wytrzymuje, mając 60 lat?

Zaczynał się festiwal, a nastrój był taki: „Nie chcę!”. Dopiero w piątek zjawiła się odwaga. A bez odwagi nie można niczego zrobić. Kiedy się skarżę, moja żona mówi:” Ty zawsze robisz tylko to, co kochasz”. Póki jeszcze praca przynosi mi satysfakcję, jest podstawą mojego życia. Gdy mam wolną chwilę, to chcę poczytać dobrą literaturę albo poświęcić uwagę wnuczce. W lecie robię sobie długi urlop, przynajmniej na trzy tygodnie. Spędzam czas ze swoimi dziećmi, wnukami. Żona, dzieci, wnuki, jeszcze mam kota. Stary, 15 lat, ale to takie szczęście, nawet kiedy natręciuch budzi mnie i włazi pod kołdrę, to jakoś uspokaja, jego obecność też jest dla mnie ważna. Mam mieszkanie, jest w strasznym stanie, wymaga remontu, nie mam miejsca na książki, ale jest w ładnym budynku, gdzie żyli także moi rodzice. To duże szczęście, gdy masz fundament, masz dom, w którym jest ci dobrze.

Źródło: http://www.day.kiev.ua/ Dmytro Desiateryk

zdjęcia: 1) Фото “Українська правда. Життя”; 2, 3) Руслан Канюка / «День», Українська правда. Життя”

1 коментар »

kasia | 07.12.2010 | В роздiлах: Статті

  1. bohdan пишет 07.12.2010 в 7:27 pm #

    Szczęście moje to wspaniały film!

Comments RSS

Новий коментар

Copyright © Ukrpol.net